Joe

Joe (USA, 2013)

Obsada:

Joe- Nicolas Cage
Gary- Tye Sheridan
Merle- Sue rock
Willie-Russell- Ronnie Gene Blevins
Wade (G-Daawg)- Gary Poulter
Matka- Brenda Isaacs Booth
Dorothy- Anna Niemtschk







          Stany Zjednoczone Ameryki- gdzieś na prowincji, w miejscu gdzie diabeł mówi dobranoc, Joe- czterdziestoparoletni były skazaniec prowadzi niewielki biznes, jako podwykonawca dużej firmy truje drzewa pod wycinkę razem ze swoją ekipą. Pewnego dnia zgłasza sie do niego do pracy 15-letni Gary, chłopak z sąsiedztwa...pracowity, inteligentny, wygadany szybko zwraca uwagę milczącego szefa. W tym trudnym, twardym, męskim świecie ich przyjaźń okazuje sie relacją na wagę złota bardzo zresztą niebezpieczną.... 

          Długo sie ociągałam by obejrzeć "Joe", Po pierwsze dlatego, iż ostatni dobry film z Nicolas'em Cage'em widziałam może 5-6 lat temu,a tak naprawdę ostatni z tym aktorem z gatunku dramat/melodramat czyli "Ciemna strona miasta" pojawił sie w 2000 roku. Potem były już tylko thrillery, horrory i dziwne produkcje, które z roku na rok były coraz gorsze. Po drugie nazwisko reżysera niewiele mi mówiło,a sama filmografia nie zachęcała do sięgnięcia po jego następny film, bo "Śnieżne anioły" czy "Facet do dziecka" to z pewnością nie są jakieś wybitne obrazy. Jednak każda kolejna minuta trwania "Joe" uświadamiała mi dwie sprawy, że Cage ma talent do gry ludzi z marginesu społecznego, przegranych, bez szans oraz że o dziwo reżyser David Gordon Green potrafi nie tylko poprowadzić akcję i pracę za kamerą,ale także kontrolować jej tempo.
Przez pierwsze może pół godziny filmu niewiele sie dzieje, niczym w prozie Stephena Kinga poznajemy bohaterów i miasteczko,a właściwie nawet wieś, bo to w sumie to tylko kilka domów i mnóstwo lasów oraz wzgórz (kręcono między innymi w Austin, w Teksasie). Codzienność Joe'go-tytułowego bohatera to praca, oglądanie telewizji wieczorem, czasem picie alkoholu, czasem odwiedzanie domu publicznego,w sumie nic szczególnego. O tym, że już w wieku 32-lat odbył karę więzienia widz dowiaduje sie niby przypadkiem, gdzieś po połowie filmu, ale wtedy to już nie ma znaczenia, bo ma wyrobione zdanie o tej postaci, jej przeszłość tłumaczy jedynie niektóre zachowania.
Gary to z kolei młody chłopak, mieszkający w niszczejącej chałupie, z zaniedbaną matką i siostrą niemową. Ojciec- agresywny alkoholik rzadko tam bywa, chyba że po pieniądze, które Gary zarabia u Joe'go. Brak reakcji chłopaka i matki daje ciche przyzwolenie na sytuację, w jaką stary Wade wpędza najbliższych.
Dopiero spotkanie i bliższe kontakty tych dwóch bohaterów sprawiają, że zaczynają oni inaczej patrzeć, na siebie, na swoją sytuację życiową, zaczynają mówić głośno co im sie nie podoba i co można by zmienić. Jednak okazuje sie, że w świecie bez przyszłości bardzo trudno zrobić cokolwiek, by nie było to niezgodne z prawem, by ktoś nie ucierpiał, by nie wywołać awantury i rozlewu krwi. Dlatego na ostateczne rozwiązania Joe i Gary decydują sie dopiero pod koniec obrazu, kiedy okazuje sie że nic innego nie mogą zrobić i kiedy rozpacz i agresja sięgają zenitu, a wszelkie granice zostały już przekroczone.

          "Joe" to niezwykle męskie kino, gdzie kobiety grają rolę ofiar, role drugoplanowe, nie mają prawa głosu. Mogą opiekować sie mężczyznami o ile oni na to im pozwolą. I nawet jeśli chciałyby od życia coś więcej to muszą poczekać na decyzję faceta. Dlatego ich twarze nie zapadają w pamięci widza tak jak twarze Joe'go- Nicolasa Cage'a i Gary'ego- Tye'a Sheridana czy nawet podłej gnidy Wililego-Russella granego przez Ronniego Gene'a Blevinsa, którego widz może kojarzyć z "7 psychopatów". Tak jak już pisałam wyżej Cage świetnie wypada w rolach nerwowych, agresywnych, dramatycznych, przegranych, jeśli tylko będzie dalej wybierał takie scenariusze to jego kariera wcale nie musi być skończona. Młody, bo 17-letni Tye Sheridan dopiero zaczyna, ale może już być kojarzony z rolą Ellisa z "Uciekiniera" Jeffa Nicolsa. Swoją drogą zaczynanie kariery aktorskiej u boku takich gwiazd jak Matthew McConaughey czy Nicolas Cage to lepsza szkoła filmowa niż niejeden prestiżowy uniwersytet talentów. W końcu to praktyka czyni mistrza, nie ślęczenie w szkolnej ławie.

          Scenografia do "Joe" została naprawdę dobrze dobrana. Z jednej strony jest przestrzeń, z której jednak nie da sie uciec podobnie jak od klimatu, który jest surowy niczym charaktery mieszkańców. Mamy  więc obraz, który pasuje do ludzi którzy sie w nim znajdują i którzy są przygotowani na każdą ewentualność, tą którą niesie im przyroda oraz pogoda i potrafią to w umiejętny sposób wykorzystać na swoją korzyść. Czego nie można powiedzieć oczywiście o relacjach między nimi.

          "Joe" na pewno można przyrównać do "Uciekiniera", choć z pewnością ten drugi zgarnął więcej nagród i miał bardziej komercyjny rozdźwięk. Tye Sheridan zgarnął nagrody za obie produkcje, więc można go uznać za wschodząca gwiazdę i liczyć na to iż następne filmy z jego udziałem będą równie dobre. Na razie warto nacieszyć sie tymi dwoma, więc jeśli ktoś jeszcze któregoś nie widział to polecam. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Amerykańska sielanka

Marvellous