7.filmów na 7.dni tygodnia- Dzień 4. Gra Endera

Ender's game (USA, 2013)

Reżyseria: Gavin Hood
Scenariusz: Gavin Hood
Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Obsada:
Ender Wiggin- Asa Butterfield
Pułkownik Hyrun Graff- Harrison Ford
Petra Arkanian-  Hailee Steinfeld
Valentine Wiggin- Abigail Breslin
Mazer Rackham- Ben Kingsley
Major Gwen Anderson- Viola Davis
Groszek- Aramis Knight
Alai- Suraj Partha
Bonzo Madrid- Moises Arias

          Jest rok 2070. Czterdzieści lat wcześniej Ziemię zaatakowali obcy zwani Formidami,zginęły miliony ludzi,a kosmici zostali odparci tylko dzięki odważnej akcji pilota Mazera Rackhmana. Aby tragedia sie nie powtórzyła ludzkość musi być przygotowana na następny atak z kosmosu. Dlatego dowództwo postanawia poszukać genialnego stratega, kogoś kto mógłby przewidzieć zamiary nieprzyjaciela i przeciwstawić sie im, kogoś o bardzo wysokiej inteligencji i niezwykłej sile woli, kogoś za kim pójdą do walki żołnierze...generałowie,komandorzy i pułkownicy szukają sobie nowego dowódcy...wśród dzieci....

          Historycznie koncepcja dzieci idących na wojnę wcale nie jest nowa, już w starożytnym Rzymie i Grecji nieletni byli wykorzystywani najpierw do kierowania rydwanami,a potem już stricte do walki. W średniowiecznej Europie natomiast młodzi chłopcy byli giermkami,a cały rok 1212 to dziecięce wyprawy krzyżowe. Tak więc choć Orson Scott Card, autor książki na podstawie której powstał film, Ameryki nie odkrył to trzeba przyznać, że wykorzystanie tego motywu jako przewodniego (w innych powieściach sci-fi zapewne też pojawiają sie dzieci na wojnie,ale raczej epizodycznie) można uznać za intrygujący. 
I choć powieść ukazała sie w 1985 roku to jednak autor długo opierał sie, by sprzedać prawa do filmu. Może i dobrze sie stało, bo w końcu możliwości tworzenia efektów specjalnych rozwinęły sie na tyle, by widz dostał spektakularne widowisko, a nie gumowe rekwizyty pomalowane na czarno i srebrno-szaro, choć zapewne w latach 90-tych takie gadżety miały swój urok.Scott Card zdążył od 1985 roku założyć własne studio Fresco Pictures, które miało z założenia wspierać produkcje jego adaptacji książkowych, jednak nic nie wskazywało na to, że jako pierwsza sfilmowana będzie "Gra Endera".Potem jeszcze raz zmieniało sie studio które ów tytuł miało kręcić, aż w końcu udało sie odsprzedać prawa do tego tytułu i zakontraktować reżysera. Jak na tak rozbudowany konstrukt fabularny, jaki miał powstać to i tak nie trwało to bardzo długo. 

          Przyznam szczerze, że książki nie czytałam, choć swojego czasu "pochłaniałam" sporo fantastyki i słowo saga nie kojarzy mi sie zbyt dobrze. Ci którzy lubują sie w książkach tego gatunku wiedzą o czym mówię. Tak samo zresztą jest z filmami, kiedy widzę zwiastun danego tytułu do części piątej to odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z serialem...o bardzo długich odcinkach....Dlaczego jednak wspomniałam o książce? Bo nie będę oceniać tutaj fabuły filmowej przez pryzmat tego co tworzył Scott Card i kropka.

          Jak już napisałam wyżej koncepcja wykorzystywania dzieci na wojnie jako głównego motywu jest interesująca. Są oczywiście w filmie także ośrodki szkoleniowe w kosmosie oraz są specjalne chipy monitorujące zachowania i emocje. Nie brakuje też przyszłościowych gadżetów, choć przyznaję że pokazywane są one nienachalnie, wyjątkiem może być sala do symulacji w głównym ośrodku wojskowym, w której rozgrywają sie ostatnie sceny filmu, zdaje sobie sprawę z tego że robi niezłe wrażenie, chociaż nie wiem czemu nieco przypominała mi pewną salę z X-Men'ów to była jakaś sala myśli albo sala ćwiczeń,niech mnie proszę ktoś kto wie poprawi. Co do samych dzieci w "Grze Endera" to tak jak w życiu są one bardzo różne, nie wiem wprawdzie jaki jest związek między wysoką inteligencją jaką mają sie wykazywać kadeci,a agresją którą przejawiają wobec siebie, ale może to jest to co z książki pominięto. Jeśli tak to szkoda, bo jako widz chyba nie do końca to rozumiem. Znam wielu bardzo inteligentnych ludzi (których pozdrawiam) i niezwykle inteligentne dzieci i jakoś nie zauważyłam u nich szczególnej agresji, ale może w filmie to nie jest kwestia inteligencji,a zamknięcia na jakiś czas w ciasnych pomieszczeniach i wprowadzanie poczucia konkurencji i zagrożenia. Jeśli o to chodzi to jest to do zrozumienia, jeśli jednak jest to jakiś ukryty motyw fabularny to niestety umknął mi.
Kolejną kwestią nie zrozumiałą dla mnie jest funkcja major Gwen Anderson. Okey pojmuję, że ma ona roztaczać opiekę nad psychologiczną stroną szkolenia i wspierać dzieci w ich trudnościach gdy wrócą na Ziemię (??), ale co w tym celu robi, poza obserwowaniem zachowań i wskaźników? i dlaczego w takim razie jest w bazie kosmicznej? poza tym w scenie, gdy Ender wraca na Ziemię by spotkać sie z siostrą towarzyszy mu pułkownik,a nie pani major. Pan pułkownik raczej nie nadaje sie na piastunkę, ma ściśle określone cele i z tego co da sie zauważyć absolutnie nie rozumie dzieci, traktuje ich jak dorosłych i dziwi sie kiedy sie załamują...może sam nie był dzieckiem? Wiem,wiem że to czepianie sie szczegółów, ale po obejrzeniu naprawdę wielu filmów z tego gatunku i przeczytaniu iluś tam książek tego gatunku jestem wymagająca. Może mi sie zresztą nie zgadzać budowa lub sposób działania akceleratora cząsteczek (lub cząstek), mogę nie znać sie na kwestiach technicznych statku kosmicznego,bo nie jestem ekspertem od tego, ale na litość boską żeby w filmie o ludziach wprowadzać taki chaos charakterologiczny?! W filmie ten akcelerator ma robić dobre wrażenie na widzach, a techniczna terminologia ma do elementu fiction wprowadzać science, ale bohater, ludzki bohater jest zawsze człowiekiem ;) (o ile nie okazuje sie klonem czy maszyną).

          Co do efektów specjalnych...też można im sporo zarzucić np. scena na Ziemi, gdy Ender wraca do siostry (tak, obejrzałam cały film nie tylko tę scenę), przecież można ją było nagrać w ładnych plenerach, gdzieś w Stanach Zjednoczonych, a nie jak klipy z lat 90-tych. Przy budżecie około $ 110 000 000 to trochę żenujące widoczki. Także sala treningowa, gdzie kadeci ćwiczą przy 0 grawitacji...cóż bardziej mi sie podobały tory wyścigów z "Tronu"...no dobra mieli trochę większy budżet...ale to nie znaczy,że nie można było zrobić więcej i za takie pieniądze. Za mniejsze powstawały bardziej spektakularne obrazy..."Igrzyska śmierci"powstały za mniejsze pieniądze, a efekt był dużo lepszy....no dobra może to nie był najlepszy przykład....to "Grawitacja"...oooo na ten przykład, już dużo bardziej akuratny :)

          Pozostała mi jeszcze kwestia gry aktorskiej.I tutaj byłam zaskoczona i możliwe że was również zaskoczę,bo spodziewałam sie że skoro w obsadzie jest sam Harrison Ford to już niewiele więcej mi trzeba.Legendarny Han Solo,przystojny i błyskotliwy Indiana Jones to po prostu....starszy pan,który może powinien już dać sobie spokój z występami w filmach, bo ani nie inspiruje młodszych aktorów,którzy sami sobie świetnie radzą,ani nie wspiera produkcji tak jak można by tego oczekiwać.

          Chyba nie pozostawiam Wam żadnych wątpliwości,że film mi sie nie podobał i że niekoniecznie czekam na kolejną część.Jeśli ktoś jednak będzie chciał zobaczyć "Grę Endera",a jeszcze nie widział to proszę bardzo ja tam mam co oglądać :) Pozdrawiam



Komentarze

  1. mnie również nie bardzo spodobał się ten film :) może i miał w sobie potencjał, ale na pewno nie został on wykorzystany
    willa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo był przekoloryzowany,zbyt napuszony i pompatyczny,a widz to czuje.

      pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Amerykańska sielanka

Nikt z Nikąd / Un illustre inconnu