Mężczyzna,który chciał żyć własnym życiem

L'homme qui voulait vivre sa vie (Francja, 2010)

Reżyseria: Eric Lartigau
Scenariusz: Eric Lartigau, Laurent de Bartillat
Gatunek: Dramat

Obsada:

Paul Exben- Romain Duris
Sarah Exben- Marina Foïs
Bartholomé- Niels Arestrup
Ivana- Branka Katić
Anne- Catherine Deneuve
Grégoire Kremer- Eric Ruf

          Paul to zapracowany, paryski prawnik, ojciec dwójki małych dzieci i oddany mąż, niezadowolonej ze swojego życia żony. Kiedy zaczyna podejrzewać, iż oddalająca sie od niego małżonka go zdradza, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce...zanim jednak mu sie to udaje nieoczekiwana i niezaplanowana tragedia zmusza go do zniknięcia nie tylko z życia żony i dzieci, ale nawet z własnego.... 

          Przyznam szczerze,że pierwszym filmem Eric'a Lartigau, który widziałam, byli "Niewierni" z 2012 roku i była to produkcja, której nie obejrzałam do końca, a szczycę sie tym,że nawet największe "gnioty" oglądam do napisów końcowych. Zbyt zamotana fabuła i niezrozumiałe dialogi spowodowały, że w przypadku tego "Francuza" nie dałam rady...prawdziwa porażka kinomana,nie ma co... Początkowo więc myślałam, że z "Mężczyzną, który chciał żyć własnym życiem" też tak będzie. Jednak o dziwo, kiedy już przebrnęłam przez pierwsze pół godziny gatunkowo czystego dramatu okazało sie, że w tym filmie drzemie coś jeszcze. Powoli bowiem z typowo mdłej tematycznie tragedii dwojga ludzi, którzy nie potrafią ze sobą normalnie rozmawiać,a mają w perspektywie wychowanie dwójki maluchów i mieszkanie pod jednym dachem, z czego jedno z nich jeszcze sie łudzi, iż sprawę da sie uratować, wyłania sie nagle scena morderstwa, która zmienia wszystko. I to "wszystko" to nie tylko zwrot akcji,z góry zaplanowany w scenariuszu, ale przede wszystkim zmiana jaka zachodzi w głównym bohaterze- który z lojalnego męża i do szaleństwa zakochanego w dzieciach ojca, przeistacza sie w samotnika, fotografa. Jednak...zanim to nastąpi musi zamknąć pewien rozdział swojego życia jakim jest praca w kancelarii wraz z perspektywą awansu oraz zabezpieczyć żonę i dzieci finansowo, tak by w spokoju mogły zapomnieć o nieoczekiwanym zniknięciu. Robi to w sposób szybki i metodyczny niczym psychopata, który ma to zaplanowane. Potem następuje spokojniejszy fragment obrazu i tak do kolejnego niespodziewanego zwrotu...

          Transformacja głównego bohatera filmowego, nie tylko pod względem wyglądu czy zachowania, ale także wykonywanej profesji oraz miejsca zamieszkania to zawsze wyzwanie, nie tylko dla aktora i scenariusza, ale również dla ekipy kręcącej film. Bo oto trzeba odpowiednio ucharakteryzować- tutaj akurat nie było takiej potrzeby czy zrobić przeskok czasowy i przestrzenny. Dobrze by było aby widz widział różnicę i akurat to sie udało jako że po krętych uliczkach Paryża możemy podziwiać zapierające dech w piersiach widoki gór i jeziora węgierskiego, co działa na wyobraźnię żądnego akcji i zmian oglądającego. Czasem trzeba też wprowadzić motyw reakcji środowiska głównego bohatera na jego zmianę (lub zniknięcie)- to z reguły sie sprawdza, choć tutaj wykorzystano go jedynie w sposób wyrywkowo informacyjny. 
Co do samej gry aktorskiej to przyznam, że Romain Duris przekonał mnie zarówno jako zapracowany prawnik i mąż jak i jako ukrywający sie przed własną przeszłością fotograf. Zresztą nie tylko on dał sie zauważyć. Panie Catherine Deneuve,  Marina Foïs i Branka Katić nie dają sie zignorować, ich role są dobrze skrojone, nienachalnie przedstawione, a przede wszystkim ważne w kontekście działań głównego bohatera. W sumie czym byłby francuski film, bez Francuzek- eleganckich i szykownych, inteligentnych i wykształconych, zaradnych i samodzielnych...taki obraz kobiet wyłania sie nie tylko z tej produkcji, ale i kilku innych które widziałam. Z tego zresztą słynie francuskie kino, więc niech tak zostanie.

          Jest jednak coś dziwnego i łączącego jednocześnie "Mężczyznę, który chciał żyć własnym życiem" oraz "Niewiernych",a mianowicie pewien pośpiech fabularny. Akurat w "Mężczyźnie...."dotyczy to fragmentu rodzinnego,że sie tak wyrażę i ma sie wrażenie swoistej niecierpliwości graniczącej z drażliwością, która może udzielić sie tutaj widzowi. Niby wiąże sie ona ze stresem i zabieganiem głównego bohatera, ale tak naprawdę pierwsza połowa filmu fabularnie gna w Paryżu na złamanie karku, potem zwalnia na Węgrzech, by znowu na chwilkę przyśpieszyć i wsiąść na statek zupełnie spokojnie....trochę to dziwne,ale dzięki temu trudno sie nudzić i na szczęście nieszczególnie to rozprasza, więc może to tylko takie moje własne odczucia. Poza tym trudno tej produkcji cokolwiek zarzucić: jest drobiazgowo, jak to w przypadku Francuzów dopracowana, aktorsko dobrze poprowadzona i być może tylko nieco przydługa,ale coś za coś, bo akurat coś tam sie dzieje.

          Nie jest to może film najwyższych lotów, nawet jak na Francuzów,można by sie spodziewać czegoś więcej...mocniejszego dramatycznie czy bardziej dynamicznego, gdy chodzi o akcję, ale ten obraz w głowie zostaje,a co ważne oglądając można sobie samemu zadawać pytania co by sie zrobiło na miejscu głównego bohatera...Czy jednak poleciłabym tę pozycję na długie styczniowe wieczory...chyba jednak nie, na pewno znajdzie sie wiele innych francuskich tytułów, których sie jeszcze nie widziało...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Strangerland

Amerykańska sielanka