Rob the Mob

Rob the Mob (USA, 2014)


Reżyseria: Raymond De Felitta
Scenariusz: Jonathan Fernandez
Gatunek: Kryminał / Dramat

Obsada:
Tommy Uva- Michael Pitt
Rosie- Nina Arianda
Big Al- Andy Garcia
Dave Lovell- Griffin Dunne
Agent Frank Hurd- Frank Whaley
Vinny Gorgeous- Yul Vazquez
Sal- Michael Rispoli
Jerry Cardozo- Ray Romano

          Nowy Jork 1991 rok. Tommy i Rosie to para zakochanych w sobie ćpunów, którzy po nieudanym napadzie na kwiaciarnię (w Walentynki) trafiają do więzienia. Rosie wychodzi jako pierwsza, znajduje pracę w firmie windykacyjnej, przestaje też brać narkotyki. Tommy jednak po opuszczeniu więziennych murów nie potrafi przystosować sie i żyć normalnie. Szczególnie że własnie toczy sie proces John'a Gottiego, który zainspiruje młodego złodzieja do zdobycia pieniędzy w szybki i jedyny znany mu sposób.

          Raymond De Felitta to człowiek wszechstronny: reżyser, scenarzysta,aktor,producent, kompozytor, a nawet pianista jazzowy.Mimo to jego filmy, pojawiające sie sporadycznie i głównie w małych kinach i wypożyczalniach nie cieszą sie wielką popularnością. Zapewne podobnie było z "Rob the Mob". Oparta na faktach historia dwojga zakochanych napadających na kluby, gdzie przesiadywali członkowie mafii, to dynamiczna i błyskotliwa opowieścią stylizowana na lata 90-te. Na pierwszy rzut oka temu obrazowi niczego nie brakuje. Jednak kolejne minuty filmu, mimo ciekawej historii, zaczynają nużyć. Dlaczego?
Niemal każdy kraj ma swoich bohaterów oraz swoje mity i legendy. Jedną z amerykańskich jest historia o Bonnie i Clayde, parze przestępców lat 30-tych. Życiorys Tommy'ego i Rosie zawiera podobne elementy, wpisuje sie więc w schemat, gdzie łamanie prawa łączy sie z wątkiem romantycznym,a to powinno sie dobrze sprzedawać. Jednak nie tym razem. Możliwe, że jako widzowie mamy już przesyt takich opowieści, poza tym już nawołując do samego filmu wydał on mi sie nieco przesłodzony. Rozumiem pasję, rozumiem namiętność, ale bohaterowie "Rob the Mob" co chwilę sie całują, jakby to miało wypełnić jakąś pustkę w scenariuszu. Właściwie jakby wyciąć te wszystkie umizgi Michaela Pitta i Niny Ariandy na ekranie to film trwałby z 15.minut mniej. Można było te 15.minut przeznaczyć na rozwinięcie wątku wspomnień Tommy'ego z dzieciństwa, pokazać tą niechęć i strach przed mafią. Możliwe że bohatera do takiego a nie innego pomysłu na napady natchnęła niezdrowa wręcz fascynacja mafią i stosowaną przez nią przemocą, niestety z tego co widzimy trudno cokolwiek wywnioskować. Z kolei pocałunki mają chyba świadczyć o tym jak bardzo Tommy kochał Rosie, czego Michael Pitt na ekranie nie pokazał, już lepiej odegrał zakochanego w "Początku" (ang."I original"), choć i tam mnie jakoś nie do końca przekonał do swoich zdolności aktorskich w tym zakresie.
Poza tym w "Rob the Mob",według mnie,. można też znaleźć inne "ale". Jak na przykład: skąd Tommy wziął pistolet maszynowy. Rozumiem że dostęp do broni w Stanach Zjednoczonych jest łatwy i mówi sie, że każdy może mieć w domu broń,a niektórzy mają nawet i po kilka sztuk. Tylko że na coś takiego trzeba mieć pieniądze,a było powiedziane że główny bohater ich nie miał. Poza tym podejrzewam że trzeba było mieć też trochę znajomości,a drobny złodziejaszek i handlarze bronią jakoś nie idą mi w parze, szczerze wątpię by ktoś Tommy'emu sprzedał taką broń w sklepie. Inną kwestią pozostaje, że nasz bohater nie potrafił sie takim Uzi posługiwać. To trochę naciągane, bo jak już masz pomysł na napad i kupujesz lub zdobywasz, w inny sposób, Uzi to raczej starasz sie nauczyć z niego strzelać. Facet wymyślił jak obrabować gangsterów,a nie wiedział że z Uzi nie strzela sie jak ze zwykłego pistoletu?Naprawdę? Bo na przykład starsze panie z kwiaciarni (scena początkowa) miały chyba strzelbę albo jakiś inny rodzaj cięższej broni i jakoś umiały sie nią posłużyć. Takich przykładów można by pewnie znaleźć więcej, ale powiedzmy że nie będę sie czepiać szczegółów. Poza tym takie przykłady powinny wystarczyć by dać obraz marnej całości.

          Co do jedynych dobrych stron filmu to na pewno są nimi: Andy Garcia, Frank Whaley oraz nie do zastąpienia w roli gangstera/ mafiozy lub innej kanalii Michael Rispoli. Ta trójka sprawiła że czułam sie jakbym oglądała produkcję z lat 90-tych i autentycznie czekałam kiedy pojawią sie na ekranie. Szkoda więc że były to role drugoplanowe, bo wiem że mało kto sięgnie po produkcje dla sentymentu do tego w drugim planie. Poza tym nie miałabym sumienia namawiać do obejrzenia czegoś po co sama sięgnęłam przez przypadek i obejrzałam do końca, bo takie mam zasady. Jeśli ktoś szuka filmu o mafii to jest wiele lepszych, poza tym tutaj tej mafii to jak na lekarstwo, głównie dziwne love story i fatalne dialogi zakochanych, które jakoś nie przekonują, że była to naprawdę zgrana para, która dałaby radę "załatwić"organizację przestępczą o takich tradycjach i korzeniach, a przede wszystkim kodeksie jak włoska mafia.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Amerykańska sielanka

Marvellous