Still Alice czyli Julianne Moore nagrodzona Oskarem

Still Alice ( USA, Francja, 2014)

Reżyseria: Richard Glatzer, Wash Westmoreland
Scenariusz: Lisa Genova (na podstawie powieści "Motyl"), Richard Glatzer, Wash Westmoreland
Gatunek: Dramat
Obsada:
Alice Howland- Julianne Moore
John Howland- Alec Baldwin
Anna Howland-Jones- Kate Bosworth
Lydia Howland- Kristen Stewart
Tom Howland- Hunter Parrish
Charlie Jones- Shane McRae
Dr. Benjamin- Stephen Kunken

               "W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy; 
                tak wiele rzeczy budzi w  nas zaraz poczucie straty,
                że kiedy sie je straci-nie ma sprawy"     

                                                             Elizabeth Bishop     

          Alice Howland to 50-letnia profesor lingwistyki na Uniwersytecie Columbia, która pewnego dnia zauważa u siebie zaniki pamięci. Zaniepokojona swoim stanem zdrowia udaje sie do lekarza, który orzeka wczesne stadium rzadkiej, dziedzicznej odmiany Alzheimera. Przerażona postanawia powiedzieć o wszystkim najbliższym: mężowi oraz trójce dzieci. Razem muszą stawić czoła jednej z najgorszych dla człowieka chorób, która pozbawia go tego co ma najcenniejsze-pamięci i wspomnień.

          Kiedy dwóch podrzędnych i nieznanych reżyserów, "prowadzi" do Oskara jedną z najlepszych aktorek dramatycznych to czy można mówić tutaj o przypadku, łucie szczęścia czy po prostu o świetnym scenariuszu i niezwykłej grze aktorskiej? 
Dlaczego o to pytam? Bowiem nazwiska Glatzer czy Westmoreland z żadną konkretną produkcją mi sie nie kojarzą, natomiast mówiąc i myśląc Julianne Moore od razu mam przed oczami "Kroniki portowe", "Wszystko w porządku" czy "Chloe"...a przecież wcale nie są to najlepsze czy bardzo znane filmy tej świetnej aktorki (piszcie w komentarzach, który film Moore najbardziej Wam sie podobał!).
Czy więc mówimy tutaj o przypadku? Nie ma mowy. Obraz jest amerykański, a jego scenariusz został napisany na podstawie książki amerykańskiej pisarki i neurobiolog (!) Lisy Genovy. W filmie zagrali amerykańscy aktorzy. Nagrodę przyznała Amerykańska Akademia Filmowa. Tak więc tutaj jest wszystko jasne i amerykańskie.
Łut szczęścia? Jeśli ktoś wierzy w takie rzeczy to owszem mógł mieć znaczenie. W Stanach Zjednoczonych powstaje bowiem, powiedzmy, 700-800 filmów rocznie (jeśli ktoś wie ile dokładnie to niech da znać,bo mogę mieć stare dane), by więc komisja zechciała taki czy inny nagrodzić, trzeba nie tylko ciężko na to zapracować.
Na pewno ważnym, jeśli nie najważniejszym elementem tutaj jest scenariusz. W "Still Alice"to nie tylko główne narzędzie, bez którego film by nie powstał ale przede wszystkim baza, na której zbudowano niezwykłe wzruszający i mądry obraz, który u widza wywołuje emocje, zmienia jego sposób patrzenia na chorobę jaką jest Alzheimer oraz ludzi nią dotkniętych i z nią związanych. Takie rzeczy czyli sprawy ważne i dotyczące człowieka oraz Ziemii Akademia Filmowa, nie tylko zresztą amerykańska, nagradza i powinna nagradzać jak najczęściej.

          Dramat to bardzo trudny,wbrew pozorom,gatunek filmowy. Bardzo łatwo,chcąc zagrać na emocjach widza, przekroczyć pewną granicę, która powoduje że ważne i mocne emocjonalnie kino staje sie groteskowe i ciężkie w odbiorze. W "Still Alice" niemal z precyzją chirurga przeprowadzono widza przez pierwsze etapy choroby głównej bohaterki, jedynie zaznaczając jedną czy dwoma scenami co czeka ją na końcu. Zrobiono to jednak w sposób, który zachęca do zainteresowania sie tematem Alzheimera czy zmusza do refleksji, bez zbędnego straszenia i przytłoczenia widza problematyką obrazu.
Niewątpliwie postawiono tutraj na dwa ważne elementy jakimi są rodzina oraz pamięć i wspomnienia. Nie dostaniemy jednak rodziców i ich dzieci obsesyjnie o siebie dbających niczym w krzywym zwierciadle dzwoniących do siebie przy każdej niestrawności i kaszlu. Rodzina Howland'ów to rodzina nowoczesna, rodzice są wykładowcami akademickimi, dzieci już dorosłe mają swoje życie i problemy, które bez większej dramaturgii można nazwać standardowymi. Choroba matki, zmienia faktycznie życie i przyzwyczajenia jej najbliższych, ale nie wywraca wszystkiego do góry nogami, nie powoduje traumy, tylko mobilizację do pomocy i wsparcia oraz ogromną dawkę spokoju i zrozumienia, bo to co zobaczyłam na ekranie raczej histerią czy odizolowaniem bym nie nazwała, a tak bywa i w życiu- gdy ktoś z bliskich zachoruje i w filmie, gdy czyjaś choroba jest powodem do rozpaczy i załamywania rąk oraz użalania sie nad sobą.
Umiejętnie pokazano także bezradność i niemożność pogodzenia sie z faktem, że sie zapomina. Bo o ile rodzina to silna ostoja głównej bohaterki to już sama Alice, szczególnie na początku miewa nie tylko lepsze i gorsze dni, gdy chodzi o zapamiętywanie i wspomnienia, ale także są one bardziej lub mniej nacechowane emocjonalnie, gdy chodzi o jej stosunek do choroby. Atrakcyjna 50-latka (sama chciałabym tak dobrze wyglądać w jej wieku), wykształcona, z dorobkiem intelektualnym nagle staje przed faktem dokonanym- straci to wszystko! Bo choroba taka jak Alzheimer zabiera nie tylko pamięć czy wspomnienia, ale także godność i samodzielność, możliwość decydowania o sobie i stanowienia o swoich potrzebach i Alice jest tego w pełni świadoma. Taka świadomość wcale nie pomaga, szczególnie gdy lubi sie to co robi i miało sie plany na przyszłość, które zostają brutalnie przekreślone przez takie a nie inne uwarunkowania genetyczne. A proces zapominania następuje nie patrząc na to czy ktoś tego chce czy nie i bez względu na to jak bardzo ktoś starał by sie pamiętać. Nieuchronnie człowiek dorosły zaczyna na powrót przypominać dziecko, tym razem jednak bez możliwości uczenia sie czy zdobywania nowych doświadczeń, bo degeneracja mózgu postępuje tak szybko jak szybko maluszek może nauczyć sie mówić czy chodzić.

          Właściwie "Still Alice" nie jest moim pierwszym obejrzanym czy pierwszym recenzowanym filmem nagrodzonym Oskarem. Jednak muszę szczerze przyznać, że tym razem Akademia słusznie nagrodziła obraz a przede wszystkim uhonorowała rewelacyjną aktorkę, która właśnie tutaj pokazała szczyt swoich umiejętności ekranowych. Bo trzeba przyznać, że zarówno praca kamery jak i scenariusz tylko wzmocniły to co Julianne Moore stworzyła na podstawie zapisanych w skrypcie słów i zrobiła to tak, iż trudno będzie zapomnieć zarówno o jej filmowej kreacji jak i o samej chorobie którą przedstawiła. 
Co do gry pozostałych aktorów pozwolę sobie nie wyrażać opinii. Oni są i grają tak jak najlepiej potrafią, jednak oczy wszystkich i tak skupione pozostają na Julianne Moore. Zarówno Alec Baldwin czy nawet Kristen Stewart to wiedzą, ba ma sie miejscami wrażenie że wspierają swoim większym czy mniejszym doświadczeniem aktorskim rolę Moore, uzupełniają ją.

Obejrzenie tego filmu uważam za obowiązek każdego kinomana, nawet jeśli dramat nie jest jego ulubionym gatunkiem, ba właśnie dlatego że nim nie jest. Co do "zwykłych" (jeśli tacy są) zjadaczy filmów to "Still Alice" im polecam, bo to obraz bardzo ludzki, dotyczący bardzo ludzkich spraw i pokazujący emocje oraz je wywołujący,a to, jak często podkreślam, rola kina. 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Amerykańska sielanka

Nikt z Nikąd / Un illustre inconnu