The Dressmaker

The Dressmaker (Australia / 2015)

Reżyseria: Jocelyn Moorhouse
Scenariusz: Jocelyn Moorhouse, P.J. Hogan, Rosalie Ham
Gatunek: Dramat

Obsada:
Myrtle 'Tilly' Dunnage- Kate Winslet
Teddy McSwiney-  Liam Hemsworth
Sierżant Farrat- Hugo Weaving
Molly Dunnage- Judy Davis

          Elegancka i piękna kobieta pojawia sie znikąd w niewielkiej wiosce, by  zaopiekować sie matką, stawić czoła demonom przeszłości i dzięki temu poznać prawdę o sobie...

           Gdy nazwisko australijskiej reżyser, twórczyni takich dramatów jak "Dowód"(1991) i "Skrawki życia"(1995) ponownie pojawia sie w napisach końcowych, można zdecydowanie mówić o "wielkim małym" powrocie. 
Dlaczego "małym"? Bo jak na razie nic czyli serwis IMDB nie wskazuje na to, by miały sie pojawić jej kolejne produkcje, a "wielki"? Cóż według mnie trzeba mieć niezłą klasę i dystans do tego co sie robi, by po 18.latach pokazać następnemu pokoleniu widzów coś takiego. I jak widać na powyższym przykładzie wcale nie trzeba stworzyć kinowego hitu, by powrót był efektowny, a nawet efektywny ;)

No ale może zacznę od początku.

          Jako widzowie niejednokrotnie odnosimy wrażenie, że już dany film lub jego fabułę, gdzieś widzieliśmy. Niełatwo nas zaskoczyć, szczególnie tych, którzy miesięcznie oglądają więcej niż 5.produkcji, a salę kinową odwiedzają co najmniej raz w miesiącu. Przed seansem robimy mniej lub bardziej dokładny "research": zwiastuny, plakaty, wywiady z twórcami i odtwórcami głównych ról, czasem trzeba przeczytać książkę, na podstawie której napisano scenariusz, zdarza sie zerknąć po nieco bardziej naukowe źródła, dla zrozumienia, choćby powierzchownie, tematu. 
Kino nadal jest rozrywką, ale coraz częściej powtarzalną, dlatego wolimy czasem poczytać czyjąś opinię, by nie tracić niepotrzebnie czasu i pieniędzy. Szukamy więc produkcji wyjątkowych, opartych na faktach, doświadczeniach, mało znanych sztukach teatralnych czy powieściach niekoniecznie okrzykniętych bestsellerami. Dochodzi do tego jeszcze selekcja według reżyserów, aktorów, konkretnego okresu historycznego czy nawet wydarzenia. niestety to nieuniknione, gdy każdego roku wchodzi na ekrany tysiące jeśli nie miliony filmów z całego świata. 

          Przyznam szczerze, że "The Dressmaker" zainteresował mnie ze względu na rolę Kate Winslet- zadziałała więc zdecydowanie selekcja aktorska. To jej czerwone usta zobaczyłam w zwiastunie i to jej dorobek aktorski zachęcił mnie by sięgnąć po ten tytuł. Nazwisko reżysera pojawiło sie później i utwierdziło mnie w moim wyborze, choć podejrzewam że coś równie kolorowego, teatralnego i tragikomicznego mógłby także nakręcić na przykład Tim Burton, choć umówmy sie, akurat on był i jest zajęty projektem o nazwie "Osobliwy dom pani Peregrine". Scenariusz "The Dressmaker" wzięła więc w swoje ręce Australijka, z długą przerwą w staniu za kamerą. Na całe szczęście wyszło ciekawie, osobliwie i bardzo profesjonalnie...no może z małymi wyjątkami.
Od nich zresztą zacznę, bo nie ma ich dużo, można je nawet uznać za takie tam czepianie sie...I tak niektóre sceny wydają sie być kręcone na zielonym lub jak kto woli niebieskim tle...ehhh tutaj nasuwa mi sie pytanie: czy zamiast wykorzystywać blue box'y czy inne greenscreen'y nie łatwiej było znaleźć tani plener? Te box'o- screen'y wypadają sztucznie, nawet przy świetnej grze aktorskiej i niezwykłych,tak jak w tym przypadku, kostiumach. Czy technika komputerowa stała sie tak tania czy to raczej ludzie zbyt leniwi, by poszukać alternatyw? Oczywiście nie mnie odpowiadać na to pytanie, ale warto je zadać, zanim i naszych ukochanych aktorów zastąpią maszyny lub animowane postacie. Kolejna sprawa dotyczy już samego scenariusza i zastanawia bo....czy w "The Dressmaker" mamy do czynienia z dobrze nakreśloną satyrą czy zwykłą głupotą ludzką? Postać dorosłego faceta, wygląda na to że najinteligentniejszego w osadzie, wskakującego do silosa z myszami, sorgo czy innym zbożem? jak tu zareagować, szczególnie że nie kończy sie to happy endem? Takich dziwnych scen może nie jest dużo, ale sprawiają wrażenie, że komuś sie nie chciało i tu pytanie czy grać dalej w tej produkcji czy może raczej fabularnie rozbudować nieco postać, albo chciało aż nadto, bo aż poniosło na przykład z motywem klątwy, która mi nie pasuje do całości filmu i już.

          Poza takimi szczegółami reszta zachwyca, przede wszystkim Winslet, która niczego już nie musi udowadniać i po prostu gra. Trochę mi przy niej nie pasuje Liam Hemsworth, pewnie już bożyszcze młodego pokolenia, między nim a Winslet jest 15.lat różnicy...i to widać. Nie mam nic przeciwko takim związkom, ale tutaj wygląda to nieco sztucznie. Rewelacyjna Judy Davis, która grała zanim ja obejrzałam swój pierwszy film...przy niej i Winslet i  Hemsworth wypadają jeszcze bardziej profesjonalnie to fakt, poza tym to stara szkoła aktorska, Davis dużo nie musi robi wystarczy że jest...jeśli już gra to nawet jej zmarszczki mają znaczenie i kształtują postać w którą sie wciela. Głęboki ukłon dla Hugo Weaving'a, który potrafi zagrać i elfa i agenta w ciemnych okularach i podobno geja- nie wiem nie widziałam, nie wypowiem sie. Tutaj to oficer policji o nietypowych skłonnościach...dzięki tej roli można odnieść wrażenie, iż pan Weaving ma spory dystans do siebie jak zresztą u aktorów być powinno! 
Wszystko oczywiście dopełniają kostiumy i muzyka...cóż są filmy bez których te dwa elementy byłyby podobne do siebie. "The Dressmaker"zdecydowanie sie wyróżnia. Stroje nieco przerysowane, miejscami zbyt "strojne",bogate, barkowe, zdecydowanie nie do noszenia w warunkach gdzie są tworzone, co wzmacnia efekt satyry. Do tego ich wyraziste kolory, kontrastujące z otoczeniem...tak kostiumy w tym filmie zdecydowanie są elementem pierwszoplanowym. Muzyka z kolei jest delikatna, nienachalna, ale pozostająca w pamięci...można by rzec charakterystyczna. Jej twórca to doświadczony kompozytor zarówno filmowy jak i telewizyjny.

          Całość ogląda sie niczym niezapomniany spektakl teatralny. Zresztą w niektórych scenach naprawdę ma sie wrażenie, iż obcuje sie ze sztuką lekką i abstrakcyjną, może dzięki temu nie czuć tak bardzo dramatyzmu na jaki wskazywałaby fabuła. Cóż takie produkcje na pewno są potrzebne, by nie zapomnieć, iż kino to nie tylko pościgi, strzelaniny czy łzy i pot, ale także elegancja i styl w tym wypadku pośród piasku i kurzu. Polecam!   

          

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Amerykańska sielanka

Marvellous