High-Rise

High-Rise (Wielka Brytania, Belgia, 2015)

Reżyseria: Ben Wheatley
Scenariusz: Amy Jump, na podstawie powieści  J.G. Ballard 
Gatunek: Dramat /Akcja/ Sci-Fi

Obsada:
Laing- Tom Hiddleston
Royal- Jeremy Irons
Charlotte- Sienna Miller
Wilder- Luke Evans
Helen- Elisabeth Moss
Pangbourne- James Purefoy
Ann- Keeley Hawes
Cosgrove- Peter Ferdinando
Munrow- Augustus Prew

          Dr Laing wprowadza sie do ekskluzywnego wieżowca, gdzie zajmuje apartament 2505. Mimo, że jest człowiekiem dosyć skrytym szybko poznaje sąsiadów a w raz z nimi hierarchię i zwyczaje panujące w budynku...

           Pamiętacie może filmy "Kill list"( recenzja tutaj: http://film2me2you.blogspot.com/2012/10/kill-list.html  ) albo "Turyści", jeśli nie, to zupełnie sie tym nie przejmujcie. Nie dlatego, że są to marne produkcje po które nie warto sięgać, ale raczej dlatego, iż nie jest to kino łatwe w odbiorze, choć wydaje sie być wystarczająco krwawe i groteskowe, by stworzyć dobrego blockbustera. Obrazy Ben'a Wheatley'a zdecydowanie bardziej nadają sie bowiem do wyświetlania na festiwalach filmowych niż w kinach czy to studyjnych czy dużych sieciówkach, choć w przypadku "High-Rise" dystrybutorzy postanowili albo dogodzić osobom o nieco odmiennych gustach filmowych albo po prostu produkcji nie widzieli i w ciemno wrzucili je na afisze. Czy słusznie? będziecie musieli ocenić lub być może już oceniliście sami.

          "High-Rise" przedstawia w sposób groteskowy życie w małej, zamkniętej i bardzo ekscentrycznej społeczności. Jest więc 40-piętrowy budynek, na którego ostatnim piętrze mieszka jego twórca-architekt, otoczony niezwykłym ogrodem na dachu oraz posiadający żonę, która lubuje sie w strojach i przyjęciach w stylu Ludwika XVI czy mieszkająca na niższej kondygnacji ciężarna matka i żona nieustannie pijąca drinki i paląca papierosy.  
Zresztą rzeczona konstrukcja, w której przyszło mieszkać głównemu bohaterowi na 25-piętrze ma być jedną z pięciu niczym pięć palców na otwartej dłoni. Plac przed budynkami natomiast stanowią parkingi. I już przy zapełnieniu jednego wieżowca mieszkańcami,a parkingu ich samochodami wiadomo, że jeśli ktoś gdzieś auto postawi to raczej trudno będzie mu je odnaleźć. Poza tym budynek wydaje sie być samowystarczalnym miejscem, jest więc tutaj sklep spożywczy- na 15-piętrze, basen, siłownia, można korzystać z masaży i sauny. Rezydenci tej niezwykłej konstrukcji, mają więc wszystko i poza wychodzeniem do pracy, nie muszą opuszczać budynku. Mają wszystko...no może poza zdrowym rozsądkiem i przyzwoitością. Nie jest bowiem tajemnicą, kto z kim uprawia seks, kto z kim ma dzieci, a kto na kogo leci, mówiąc kolokwialnie. 
Cała społeczność podzielona jest na ludzi, którzy mieszkają na najwyższych piętrach oraz podludzi, z tych niższych kondygnacji, którym w przypadku awarii w budynku wyłączany jest prąd czy woda. Nie przeszkadza im to oczywiście ostro narzekać i równie ostro imprezować, niszcząc przy okazji wszystko co w danym lokalu zniszczyć można. Bez względu na piętra panuje bowiem klimat dekadencji, któremu sprzyja egocentryzm, narcyzm i niespokojny wręcz awanturniczy charakter mieszkańców wieżowca. Całość poza tym że połączona jest windą i schodami przeciwpożarowymi to także spajana jest przez wrogość wobec rezydentów z najwyższych pięter budynku.

          "High-Rise" to nie tylko prosty i interesujący wizualnie majstersztyk, ale także pokaz sztuki aktorskiej. Mamy więc rewelacyjnego Jeremy Irons jako architekta, niezwykle spokojnego, w tum szaleństwie dr Lainga- w tej roli dystyngowany Tom Hiddleston, piękną,seksowną a wiec niezwykle pociągającą Sienna Miller oraz jej przeciwieństwo Elisabeth Moss, która jako pijąca i paląca niczym smok ciężarna matka kilkorga dzieci, jest mało atrakcyjna. Szczególnie dla swojego męża Wildera granego przez niezwykle męskiego,a zarazem agresywnego Luke'a Evans'a-żeby nie było wątpliwości, Luke nie jest spokrewniony z Chrisem Evansem-znanym wszystkim jako Kapitan Ameryka. 
          Gdyby Nam jednak było mało ekscentryczności czy oryginalności w "High-Rise" to dostajemy również,w tle, misz masz muzyczny. Usłyszymy więc cover ABBA w wykonaniu Portished czy klasyczne utwory niczym wyjęte z barokowych salonów. Do tego trochę grozy i mroku zdecydowanie pojawi sie w kompozycjach Clinta Mansella, choć nie zabraknie też chaosu i zgrzytliwych dźwięków oraz dzwoniącej w uszach ciszy, wszystko po to by dodać dramatyzmowi tego co widzimy na ekranie przez niemal dwie godziny.

          Tez film nosi znamiona kina artystycznego, choć do niego nie należy. Wydaje sie być pełną goryczy czarną komedią, pokazującą w krzywym zwierciadle, w nieco metaforyczny sposób upadające społeczeństwo, a szczególnie jego wartości czy zachowania, jednak i tym nie jest. To gorzka historia, o tym jak hierarchia i rozwarstwienie społeczne prowadzą do autodestrukcji jednostki i jak próba oparcia sie temu nie przynosi wystarczających rezultatów. To swoistego rodzaju moraliet,a takich w kinie coraz mniej można zobaczyć. Tak więc warto, choć ostrzegam nie jest to produkcja, którą ogląda sie lekko!       

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Strangerland

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Ojcowie i córki