Zjawa

The Revenant (USA /2015)

Reżyseria: Alejandro González Iñárritu
Scenariusz: Mark L. Smith 
Gatunek: Dramat / Thriller / Przygodowy

Obsada:
Hugh Glass- Leonardo DiCaprio
John Fitzgerald- Tom Hardy
Kapitan Andrew Henry- Domhnall Gleeson
Bridger- Will Poulter
Hawk- Forrest Goodluck

          Tropiciel Hugh Glass wraz z synem Hawk'iem pomagają grupie łowców skór przedostać sie przez góry do fortu. Kiedy jednak Glass zostaje zaatakowany przez niedźwiedzia, kapitan postanawia pozostawić go pod opieką dwóch łowców. Starszy z nich Fitzgerald, niechętny Glass'owi i jego synowi-półkrwi Indianinowi, kłamstwem przekonuje młodszego i naiwnego Bridgera, by pozostawili umierającego tropiciela...

          Na początku była kolejka...po bilety. Niby nic szczególnego, ale chodzę do jednego z kin (a może jedynego?, nie wiem) na Bemowie i oglądam filmy w dni powszednie,a nie w weekend, więc już ten fakt, iż czekałam, by zapłacić za bilet mnie zdziwił. Potem było już tylko lepiej. Widownia sprzyjała-nikt nie rozmawiał podczas seansu ani nie jadł głośno, nie słyszałam też dźwięku telefonów komórkowych ani błysku wyświetlaczy. Dla mnie to oznaka, że wszyscy przyszliśmy w jednym celu: obejrzeć film, a przyznam szczerze że było co oglądać. 

          Film zaczął sie spokojnie i cicho, od sceny polowania, która niemal błyskawicznie przeszła w atak Indian na obóz łowców skór lub handlarzy skór jak kto woli. I już tutaj na początku trzeba sobie jasno powiedzieć: to nie jest film dla dzieci ani dla ludzi o słabych nerwach, tudzież o delikatnych żołądkach. To brutalny świat bez ciepłych domów z centralnym ogrzewaniem i lodówką. 
Jest rok mniej więcej 1820, obecna Kanady oraz/lub północna części Stanów Zjednoczonych. Są to tereny Indian Ree, choć wydaje mi sie że chodziło raczej o plemię Kri (Cri- franc. Cree-ang.), cóż taki błąd tłumaczy można uznać za niewielki, nawet nieistotny. Wysokie góry, gęste lasy, rzeka Missouri i żadnych udogodnień, nawet szlaków handlowych czy przydrożnych Pasmanterii jak u Tarantino. W takich warunkach, przy zbliżającej sie zimie, człowiek w pojedynkę ma małe szanse przetrwać, a jednak...
          
         Chęć przetrwania bywa nieograniczona i pozwala na bardzo wiele choć oglądając "Zjawę" ma sie wrażenie, że główny bohater-Glass,powinien zginąć w kilku jeśli nie kilkunastu scenach. Spece od survivalu,na pewno znaleźli by masę błędów, ale przeciętny widz, idąc do kina nie poczuje gnijącego ciała, nie określi stopnia ran czy nie oceni na ich podstawie jak bardzo bohater jest unieruchomiony czy niesprawny i na jak długo powinien taki pozostać, nie skalkuluje też że spadając na koniu w niewielką,wprawdzie, przepaść postać powinna skręcić kark,a jeśli nie kark to przynajmniej coś sobie złamać. Wnętrzności konia wydawać sie mogą obrzydliwe, ale dla wprawnego oka to dziwne, że całość jest niczym zapakowana w dwa worki, no część na pewno powinna być, bo to na przykład jelita, ale reszta? Przypalanie rany na szyi przez którą wydostawała sie chwilę wcześniej pita przez Glass'a woda? Straszne i wydaje sie być wręcz agonalnie bolesne, ale tylko i na szczęście dla widza wydaje sie. Realizm wielu scen poraża szczególnie tych cywilizowanych, pozbawionych dostępu do środowiska naturalnego lub po prostu nie przepadających za programami typu survival. Dla pozostałych to film o przetrwaniu, odwadze, zemście, która zmusza by żyć i zmusza być iść dalej przed siebie, bez oglądania sie. Choć to spojrzenie za siebie i tak sie zdarza we wspomnieniach i snach.
          Gdzieś w tle, w drugim planie to historia okrucieństwa białych na Indianach, nietolerancji, żądzy władzy i pazerności na pieniądze, złoto oraz ziemię. Świetnie podsumowuje to scena, gdy wódz Indian mówi do francuskiego handlarza, że okradli ich ze wszystkiego zarówno z ziemi jak i z honoru. To jest to czego Indianie nie mówili w filmach,a co powinno być powiedziane już dawno temu.      

          Film mimo niezwykłej scenografii i świetnej gry aktorskiej ma swoje braki i błędy, jak na przykład zwierzęta. Bo o ile konie są przedstawione bardzo realistycznie, żeby nie powiedzieć, że są po prostu prawdziwe, to bizony już nie. Wiadomo, bez pomocy komputera, trudno byłoby je odtworzyć, ale przy dzisiejszych technikach mogłyby być one bardziej realistycznie zrobione. Podobnie jak małe misie, których tak zaciekle bronił Grizzly,a właściwie człowiek przebrany za niedźwiedzia. Kostiumy czy broń wydają sie być dobrze zrekonstruowane, jednak nie jestem ekspertem, więc wstrzymam sie z bardziej szczegółową oceną.

          Wspomniałam o grze aktorskiej i tutaj zatrzymam sie na chwilę. Film jest nominowany do Oscara niemal w 12.kategoriach, w tym za główną rolę Leonardo DiCaprio i drugoplanową rolę Tom'a Hardy'ego i tak, przyznam szczerze, że czekam na Oscara dla DiCaprio,a oglądając "Zjawę" zastanawiałam sie za co jeśli nie za ten film może on dostać nagrodę Akademii. W filmie Iñárritu pokazał bowiem pełne spektrum uczuć od obojętności, poprzez troskę po ból, gniew, żal i wściekłość, która przeszła w furię. Przez sporą część filmu posiłkował sie jedynie spojrzeniem, a to pełnym bólu, a to bezradności czy wściekłości. Potem gdy ciało Glassa sie regeneruje i leczy widzimy jak stopniowo i z wysiłkiem dochodzi do siebie, także psychicznie. Podejrzewam że od aktora takie sceny wymagają sporo pracy nad sobą i swoją mimiką,a DiCaprio swój warsztat szlifuje od 1989 roku i z każda rolą jest coraz lepszy.
Zresztą dla Hardy'ego ta rola również była wymagająca,jak mniemam, jego postać bowiem też jest w pewien sposób okaleczona, nie tylko fizycznie przez Indian, ale także psychicznie przez wspomnienia o schwytaniu, co zapewne w połączeniu z trudami życia doprowadziło do zachowań na granicy psychopatii. Hardy występuje na ekranach krócej niż DiCaprio jednak już nie raz udowodnił, że jest świetnym aktorem także dramatycznym.
Jeśli po jednej stronie mamy okrucieństwo i zemstę, to po drugiej jest niewinność i naiwność. I tutaj przyznaję, że nie do końca zrozumiałam wybór reżysera, który do roli Bridgera zaangażował Will'a Poultera. Ten młody człowiek bowiem ma dość charakterystyczne rysy twarzy,a chodzi mi dokładnie o brwi, które nadają mu nieco diabelski wyraz twarzy. Pasowałby mi więc bardziej do roli antychrysta niż naiwnego, nieco przestraszonego i zagubionego chłopaka podróżującego z weteranami wypraw po skóry. Niezwykle męsko, choć też niestety naiwnie wypadł według mnie Domhnall Gleeson jako kapitan wyprawy, z jednej strony inteligentny i szlachetny, z drugiej łatwowierny, co czyni go podatnym na kłamstwa innych. W tym brutalnym świecie, niestety, prawda nie zawsze pozwala przetrwać, a osiąganie swoich celów zależy niejednokrotnie od sprytu i umiejętności.

           Całość to brutalna historia o przetrwaniu, zemście i przeprawie przez dzikie, dziewicze tereny i choć połączona z elementami wspomnień o miłości, radości i szczęściu to jednak nie łudźmy sie jedyne kobiety- źródło radości i bezpieczeństwa, są w "Zjawie" albo martwe albo gwałcone, a film Iñárritu pokazuje bardzo męski świat, świat którego już nie ma,a wszystko co chcemy o nim wiedzieć, możemy dowiedzieć sie z książek oraz właśnie takich obrazów. Polecam!  
 
          

Komentarze

  1. Mi chyba najbardziej się podobały zdjęcia Lubezkiego, to że kamera tak płynnie przeskakiwała z jednej postaci na drugą. Trochę jak w "Birdmanie".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt zdjęcia były oszałamiające,a co do pracy kamery to w pewnym momencie nagrywali z perspektywy żaby-ciekawie wyszło :)

      pozdrawiam

      Usuń
  2. Mnie mimo niedociągnięć korci, żeby obejrzeć. Szczególnie dlatego, że Leo gra główną rolę. ;)


    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie ;)
    http://tylkomagiaslowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto,bo Leo naprawdę ciekawie i dobrze zagrał.

      pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Amerykańska sielanka

Nikt z Nikąd / Un illustre inconnu