Kryptonim: Shadow Dancer

Shadow Dancer (Irlandia, Wielka Brytania, 2012)

Reżyseria: James Marsh
Scenariusz: Tom Bradby
Gatunek: Dramat / Thriller

Obsada:
         Mac- Clive Owen
         Colette McVeigh- Andrea Riseborough
         Gerry- Aidan Gillen
         Connor- Domhnall Gleeson
         Kate Fletcher- Gillian Anderson
         Kevin Mulville- David Wilmot
         Matka- Brid Brennan

          Belfast 1973, na skutek przypadkowego strzału ginie młodszy brat Colette, którego nastolatka wysłała po cukierki i papierosy dla ojca. 20. lat później widzimy jak dorosła już Colette zostawia dużą torebkę na stacji metra w Londynie po czym ucieka i mimo, iż wybiera trasę dla pracowników metra zostaje złapana przez agentów MI5 (lub po prostu przez jakąś jednostkę do walki z bojownikami IRA- nie jest to do końca określone). Po krótkim przesłuchaniu agent Mac daje młodej Irlandce wybór albo będzie informatorem inwigilujacym działania jej brata Gerre'go oraz Kevina Mulville'a albo zostaną jej postawione zarzuty i trafi do więzienia. Colette ze względu na synka wybiera pierwszą propozycję...

          Twórca nagrodzonego Oskarem oraz obsypanego licznymi nagrodami "Człowieka na linie" James Marsh sięgnął po nieco już zapomniany temat konfliktu w Irlandii Północnej. Przynosząca rozgłos filmom lat 90-tych i późniejszym takim jak "Krwawa niedziela" czy "W imię ojca" kwestia bratobójczych walk między Irlandczykami oraz ich starciami z Brytyjczykami była w owych czasach zagadnieniem świeżym oraz ważnym ze względów politycznych i etnicznych w tamtym regionie. Elektryzowała opinie publiczne,a w kinematografii była dobrym pomysłem na licznie nagradzane scenariusze. Jednak konflikt został zakończony w 1998 roku porozumieniem wielkopiątkowym w Belfaście i z czasem został zastąpiony w prasie, internecie i filmie przez inne konflikty zbrojne oraz walkę z terroryzmem.
Film "Kryptonim: Shadow Dancer" nie otwiera jakoś spektakularnie na powrót tematu Irlandii Północnej, który zdąrzył stać sie już wydarzeniem o charakterze historycznym, niewystarczająco jednak odległym by światowa kinematografia na powrót sie nim zainteresowała. Pomimo starań film niewiele wnosi do kanonu obrazów o Irlandii Północnej oraz walce o jej niezależność, a obraz lat 90-tych przypomina jedynie dlatego....iż rozgrywa sie w 1993 roku. 
W swoim obrazie Marsh starał sie wykorzystać nie tylko samo zagadnienie, ale wydaje mi sie, że chciał również narzucić atmosferę filmów lat 90-tych, które potrafiły być niezwykle mroczne, przygnębiające poprzez jesienną aurę, muzykę oraz stonowaną grę aktorską i odpowiednio minimalistyczny scenariusz. Oglądając "Kryptonim: Shadow Dancer" ma sie wrażenie, że twórcy zbyt dosłownie wzięli sobie do serca założenia filmowe lat 90-tych: dialogów faktycznie jest mało i są na tyle przejrzyste, by zrozumieć fabułę, sposób kręcenia i atmosfera mają w sobie coś sprzed 20 lat. Kostiumy i scenografia są jak najbardziej realistyczne, a jednak czegoś brakuje i coś niesamowicie razi. Mnie przede wszystkim razi muzyka, bo mimo iż była tworzona przez doświadczonego kompozytora, który już współpracował wcześniej z reżyserem przy "Wilczym prawie: 1980" to jednak nie oddaje ona w ogóle klimatu filmu, nie dostosowuje sie do niemrawych akcji, które w tym obrazie widzimy i przez to nie jest tym ważnym elementem audio, którego możnaby sie spodziewać i który mógłby tchnąć sporo emocji w bohaterów filmu. Wydają sie bowiem oni raczej niezaangażowani biorąc pod uwagę to jak ważne jest to co robią i jak wiele mogą stracić, niewiele przy tym zyskując dla siebie. Marsh wybrał do swojego filmu aktorów znanych, doświadczonych, którym wystarczyło dać dobry scenariusz i w niewielkim stopniu ich pokierować, jednak coś poszło nie tak...parę dni temu widziałam jeden z odcinków serialu "Hannibal", gdzie mogłam podziwiać grę aktorską Gillian Anderson grającą wyrazistą, seksowną, inteligentną panią psychiatrę. W "Kryptonim: Shadow Dancer" Anderson wygląda bardziej na zmęczoną, nijaką i zrezygnowaną, niż na zdecydowaną i władczą szefową wydziału do walki z terroryzmem czy też konfliktem irlandzkim. Clive Owen, z kolei, ostatnio zachwycił mnie w "The International",a wcześniej w "Ludzkich dzieciach" tutaj słusznie zasługuje na etykietkę człowieka-cegły, którą przypieła mu moja znajoma, jako aktora o jednym wyrazie twarzy i był to wyraz zniesmaczenia, który był odpowiednio dozowany i stopniowany w zależności od sceny filmu. W przypadku tego aktora wiek nie dodaje mu wdzięku, co możnaby jednak świetnie wykorzystać także w tym obrazie. Pozostali aktorzy wypadli równie nijako, po odkryciu, że Andree Riseborough widziałam ostatnio w "Niepamięci", Aidana Gillen kojarzę z "Gry o tron",a Domhnalla Gleesona z "Anny Kareniny" Joe'go Wright'a, patrzyłam jedynie jak niewiele z siebie dawali wcielając sie w role Colette, Gerrego i Connora.

Jest to więc jedynie kolejny film- wydmuszka, z zewnątrz wszystko wydaje sie być technicznie czy treściowo w porządku, jednak gdy zacznie sie analizować poszczególne ważne dla widza elementy to okazuje sie, że niestety nic istotnego nie dostajemy poza niesmakiem i straconymi minutami przed ekranem...


Komentarze

  1. Ostatnio mam wrażenie, że takich filmów bez znaczenia jest dużo, dużo więcej niż kiedyś. Niestety!

    OdpowiedzUsuń
  2. A szkoda,bo ten film mógł przypomnieć młodzieży,że taki konflikt w latach 80-tych i 90-tych miał miejsce...

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Strangerland

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Ojcowie i córki