Crimson Peak: Wzgórze Krwi

Crimson Peak (USA / Kanada, 2015)

Reżyseria: Guillermo del Toro
Scenariusz: Guillermo del Toro, Matthew Robbins
Gatunek: Dramat / Fantazy / Horror

Obsada:

Edith Cushing- Mia Wasikowska
Lucille Sharpe- Jessica Chastain
Thomas Sharpe- Tom Hiddleston
Dr. Alan McMichael- Charlie Hunnam
Carter Cushing- Jim Beaver
Holly- Burn Gorman

          Przystojny Baronet i jego tajemnicza siostra przyjeżdżają z Anglii do Ameryki szukać źródeł finansowania dla swojego wynalazku- maszyny, mającej pomóc przy wydobyciu gliny czy węgla. W trakcie wizyty u rodziny Cushing'ów Thomas "przypadkiem" spotyka córkę przedsiębiorcy i rozkochuje ją w sobie. Okazuje sie że nie wszystko co mówi czy robi on lub jego siostra jest prawdą. Bo gdy w grę wchodzą pieniądze i uczucia nic nie może powstrzymać rodzeństwa Sharpe...ani śmierć, ani czyjeś obiekcje co do motywów tych dwojga...a tym bardziej cudze uczucia...

          Jeżeli ktoś idąc na najnowszy film Guillermo del Toro spodziewał sie płaskiego, sztampowego amerykańskiego horroru z elementami dramatycznymi to zapewne pamiętał, iż meksykański reżyser od czasów niesamowitego "Labiryntu Fauna" popełnił jeszcze, co zadziwiające dla mnie, "Pacific Rim" i "Hellboya 2". Jednak co zaskakujące dla mnie wcale nie musi dziwić kogoś innego, bowiem patrząc na filmografię del Toro można sie doszukać wielu produkcji świadczących o silnym związku twórcy z kinematografią komercyjną. Skąd więc u mnie tak duże oczekiwania wobec del Toro w kwestii kręcenia czegoś więcej niż tylko papki dla popkulturowych mas? Zapewne jest to wynik niezwykłych przeżyć jakich doznałam oglądając wspomniany "Labirynt fauna" i nieodparta chęć zobaczenia czegoś w podobnej stylistyce tego samego twórcy. Tylko czy musiałam czekać na to aż 9 długich lat? Jeśli tak to warto było!

          Guillermo del Toro w "Crimson Peak" zabiera widza w niezwykle plastyczny i sugestywny świat. Można by powiedzieć, że maluje obrazem, tworzy go niepowtarzalnym choć krwawym i brutalnym, pełnym barw i dźwięków, a wszystko to z udziałem niezwykle zaangażowanych i świetnie przygotowanych aktorów. Plan zdjęciowy jest płótnem, kamera-pędzlem, a del Toro malarzem. Nam jako widzom nie pozostaje więc nic innego jak tylko podziwiać to skończone, absolutne dzieło! Oczywiście nie on pierwszy i nie ostatni bawi sie kolorem, światłem czy dźwiękiem w kinie. Niedawno podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego http://www.wff.pl/ widziałam przepiękny ale i przedziwny obraz francuskiego poety, reżysera i scenarzysty Damien'a Odoul'a pod tytułem "Strach" (ang."Fear", franc."La peur"). To opowieść o I wojnie światowej i młodym chłopaku, który zostaje na nią wysłany. I choć film wydawał sie być bardzo dobry to jako całość przedstawiona podobnie jak "Crimson Peak" niczym dzieło szalonego malarza nie był w stanie mnie-widza tak zachwycić. W "Strachu" bowiem poza chęcią oczarowania czy zahipnotyzowania scenografią próbowano również zagrać na emocjach i to już sie niestety nie udało. Po prostu było wszystkiego zbyt wiele. 
          W "Crimson Peak" fabuła może nie jest zaskakująca, groza jest stopniowana, ale nie daje jakiegoś spektakularnego efektu niepokoju czy strachu jednak wizualnie jest to produkcja niezwykle dopracowana i to począwszy od kostiumów, które są rewelacyjnie dostosowane zarówno do aktorów je noszących jak i poszczególnych scen,a skończywszy na wystroju wnętrz, od stonowanego domu Cushing'ów po gotycki czyli mroczny i bardzo efektowny zamek Sharpe'ów. Swoją drogą te dwa domy mogą stanowić pewien kontrast zarówno wydarzeń w filmie jak i bohaterów go zamieszkujących. 
          Mimo słabego można by powiedzieć scenariusza, który ani nie zaskakuje ani nie porusza, to jednak gra aktorów jest warta uwagi. Po pierwsze są to osoby o bogatym doświadczeniu filmowym i ich wiek nie ma tutaj absolutnie żadnego znaczenia. Po drugie ma sie wrażenie, że wszystkie postacie są częścią tego obrazu, nikt sie nie wyróżnia, wszyscy są tak samo ważni, nikt nie gra drugo- czy trzecio-planowych ról, bo tak na dobrą sprawę to jak odbieramy "Crimson Peak" zależy od naszej wrażliwości na barwy czy dźwięki,a nie zaangażowania emocjonalnego. Aktorzy mają widza wspierać i tworzyć dynamiczny element w tym teatrze kolorów i tonów. A co do samych dźwięków i muzyki to wybrano kompozytora z kinematograficznym doświadczeniem większym niż ma sam reżyser i aktorzy, co też o czymś świadczy.

          Całość ogląda sie, ba wręcz podziwia niczym obraz w galerii sztuki albo chłonie niczym ceremonię lub obrządek o nieznanym, egzotycznym dla widza pochodzeniu, dlatego nie jest to film dla każdego,a na pewno już nie dla fanów "Pacific Rim" czy "Hellboya".
   

Komentarze

  1. Porównanie z obrazem bardzo słuszne. Ogólnie to dla mnie jedno z rozczarowań roku. Wygląda przepięknie, ale niewiele z niego wynika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie ten film nie rozczarował,wiedziałam czego sie spodziewać,ale faktycznie słyszałam wypowiedzi,że to jednak nie to...szkoda,bo to może zniechęcać widzów do kolejnych produkcji tego reżysera

      pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Strangerland

5.seriali,o których jeszcze nie pisałam,a które warto zacząć oglądać

Ojcowie i córki